16 Luty 2018

Zawsze jak myślę, że udaje mi się wymazać to wszystko z pamięci to widmo jego osoby gdzieś wałęsa się w słowach ludzi, którzy w ogóle nie powinni o nim wiedzieć. Już mam mniej koszmarów, choć gdy zamknę oczy to pojawia się od czasu do czasu, przybiera inna postać, inną twarz, inne imię czasem, ale zawsze to jest on. Gdzieś pod skórą pełznie mi to przeświadczenie, że to jeszcze nie koniec jest, że jeszcze będzie próbował mnie skrzywdzić. Źle sypiam, obgryzam z nerwów paznokcie, piję czarną kawę w kubku w kwiatki i w kwiatki zakładam bluzkę. Chce mi się wiosny, chce mi się słońca, nadziei, spotkań przy piwie, papierosów, słów, The Night We Met, jeżdżę z psem po weterynarzach, daję mu zastrzyki, oglądam dziewczynę w czerwonej pelerynie, czytam książkę, rozmawiam później od tak godzinę z koleżanką z uczelni o wszystkim i o niczym, mam mokre oczy, nowy tusz do rzęs i krem, w kieszeni bilet na pociąg, buty sportowe w torbie, myśli niechciane w głowie. Jeszcze czasem przychodzi do mnie taka pewność, że za stara jestem na popełnianie błędów, że już nie wypada, ale później przypominam sobie, że człowiek uczy się na błędach i ja też mam do tego prawo. Odganiam się rękami, piszę miłe wiadomości, boum boum, złote kolczyki w uszach.
Serce musi bić dalej.

Reklamy

7 Luty 2018

Jest to zjawisko trochę trudne do wyjaśnienia, mało logiczne bo bliżej mi do kota niż do człowieka jest. Czuję trochę żalu, pałęta się gdzieś między żebrami, wije się na dnie serca jak robak na ziemi, albo ryba na brzegu. Myślę sobie, że tak to już bywa, że każdy ma swoje życie i że trzeba się z tym pogodzić. I jest mi jakby lepiej, jakby spokojniej, jakby lżej. Jednego dnia czytam książkę, pije piwo, innego, piszę prace z dwutygodniowym opóźnieniem i jako jedna z nielicznych dostaje 5. Czuję na sobie spojrzenia obcych ludzi, albo ludzi których znam z widzenia. Później zatapiam się w myślach, wkładam czerwone słuchawki do uszu, jestem skrępowana, obgryzam paznokcie, mam czerwoną skórę od mrozu, czerwone usta od szminki i czerwone oczy od koszmarów w nocy. Jest mnie trochę mniej niż przed miesiącem, ale więcej niż sprzed roku.

4 Luty 2018

Jest w porządku. Maszeruję szybkim krokiem przed siebie i odkładam myśli na bok, na później. Powracam na siłownię i chudnę. Trenerka chyba się cieszy na mój widok, a przynajmniej tak mi się wydaję. Nawet nie wiedziałam, że tak mi tego brakowało. Czuję ciężkość na żołądku, to chyba strach, ale udaję, że był tam zawsze, że to część ciała jest, mojej duszy, a wtedy on robi się malutki i znika na te chwilę lub dwie. Kiedy czuję się samotna i robi mi się zimno na sercu to zatapiam się w swoim świecie, w muzyce, w książkach i czuję się bezpiecznie. Ostatnio jesteśmy dla siebie całkiem źli. Dajemy sobie resztki, okruchy nic nie znaczące słowa, a te znaczące bagatelizujemy albo zmiatamy pod dywan. Chyba oboje wiemy że jakoś się to ułoży, że powolutku poskłada się to w spójną całość, bo czasem nie trzeba nic robić, rzeczy dzieją się same i same naprawiają.
Ciężko jest mi mieć żal do kogokolwiek innego niż tylko do siebie. Rozgrzeszyłam się co prawda i szybko otrzepałam się z porażki jak pies otrzepuje się z resztek wody. Niemniej ciągle gdzieś tam brzęczy mi w głowie, szepcze do ucha, że powinnam być bardziej rozsądna. Ze mam już te 2 i 4 i wypadałoby być ostrożniejszym, mniej naiwnym, mniej spontanicznym, mniej impulsywnym. I boli fakt, że nic z tym nie mogę zrobić bo taka jestem już, jak małe ognisko, że szybko się palę, że mogę cię ogrzać, ale również mogę cię poparzyć, więc uważaj.

25 Styczeń 2018

Staram się myśleć jak najmniej, dlatego utrzymuję się na powierzchni z perfekcją kaczki po której wszystko spływa i nie schodzę na dno tam gdzie najwięcej emocji jest, żalu i łez.
Nie wracam wspomnieniami zbyt często do minionego miesiąca, do marynarek, sukienek, do wina, do zdań, odbieranych esemesów i telefonów, do dłoni na dłoni, do dłoni na biodrach, do ust przy uchu, do rozpinania spodni, ściągania majtek i czerwonych róż w rękach, jedzonej pizzy, spacerów w mrozie.
Czasem jednak zdarza mi się zbłądzić i wkraczam w ślepą uliczkę. Czytam wtedy wiadomości i pielęgnuje sobie wtedy gniew, myśl że jestem domem o który trzeba dbać, by w nim zamieszkać. Zbiera mi się na wymioty,  że dałam traktować się jak szmata do podłogi, jak chusteczka higieniczna. Że co mi po tych różach pięknych, pachnących czerwonych jak krew, jak usta moje, skoro płakałam częściej, skoro sprawił że straciłam swoją pewność a stałam się drżącym listkiem, kruchą trzciną. Cieniem siebie.
Jednego dnia denerwuję się bardzo, czytam wiadomość że tęskni za moim głosem, a potem przypominam sobie jak robił mi awantury bez powodu, później siedzę cały dzień pisząc pracę, zbieram 5, kupuję dwa biustonosze z Triumph’a, karnet na siłownie, mam złą książkę, czerwoną herbatę załzawione oczy, w słuchawkach burn with me, zdarty lakier na paznokciach, niedokończoną pracę na zaliczenie, szukam pozytywów tam gdzie teoretycznie ich nie ma, wiążę włosy w kucyk, jem siemię, owsiankę na śniadanie. Nabieram kolorów.

20 Stycznia 2018

W ostatnich dniach nic mi się nie chce. Jestem w stanie tylko uciekać od teraźniejszości, czasem się chowam za makeup’em, czasem za kartkami książek, czasem za uśmiechem. Mam spękana skórę, połamane paznokcie, spierzchnięte usta i bolące serce. W szafce piernikowy balsam do ciała, wcierkę do włosów i wodę z cytryną. Głowę pełną myśli. Odwlekam wszystko na ostatnią chwilę, rozciągam to najbardziej jak się tylko da, aż lina zaciska mi się na szyi i balansuje znów na granicy być, albo nie być. Wbrew pozorom jestem spokojna choć czasem wpadam w paranoję gdy otrzymuję od niego kolejną wiadomość, a przecież miał dać mi już spokój. Wtedy płuca się kurczą do mikroskopijnych rozmiarów, przed oczami plamki mam różnych barw, serce chce uciec z klatki jak najdalej by tylko być bezpieczne. Kasuję, znów blokuję i idę pod prysznic. Drżącymi rękami szoruję ciało, tam gdzie kiedyś mnie dotykał, ca- ło- wał. Piana na palcach, w czach i ustach, rude włosy, zimne oczy, zimne serce.
Nadal budzę się z posmakiem koszmarów w ustach, kiedy to kilka sekund po obudzeniu leżę podrętwiała i myślę czy to sen, czy popieprzona rzeczywistość jest. Dopalam papierosa przed uczelnią, później zwijam się w kłębek ze stresu i przypominam sobie że to ja wpuściłam tego diabła do życia. Przypominam sobie, ze silna jestem, że już nie z porcelany, ze dam radę, że muszę dać i podnoszę się i idę dalej. Że to ja mam kontrolę nie oni. I nie mogę dać wyrwać sobie steru z rąk.

Źle się czuję trochę, boli mnie dusza i serce chce mi się zrzygać i czasem ma torsje, a wtedy obija mi się o żebra szaleńczo i wspomnienia przesuwają mi się w niemych, uciążliwie długich stop-klat-kach przed źrenicami szerokimi jak dwugroszówki. Następnie rozmazują się moje kontury, tracę ostrość bycia i łykam tabletkę, małą żółtą i niesmaczną. Nerwowo patrzę w telefon i strach ściska mi gardło, boje się, że go spotkam na ulicy, na parkingu czy w galerii i boję się że podejdzie wtedy, że będzie mi groził czy robił milion innych rzeczy. Tych których nie chcę.
Chwilę później łapę głęboki oddech i odganiam niedbale ręką te myśli czarne, furkoczące mi w głowie i koło głowy. Myślę sobie -jutro też jest dzień.
Że Bóg postawił go na mojej drodze dając mi niezwykle cenna lekcje i może mam trochę żal do niego bo bolesna była to nauka, to jestem wdzięczna za wiedzę, którą przyswoiłam.
Nie jest łatwo bo upadłam na kolana bardzo mocno w tego sylwestra przeklętego i krwawią mi kolana i łokcie i dłonie i twarz całą mam czerwoną, ubłoconą. Godność moja zachwiana została, poszarpana, pogryziona przez niego, ale nie utraciłam jej, nie mogę sobie pozwolić na łzy, na szlochanie pod kołdrą. Pozszywam sobie rany, odbuduje swój spokój i znów odlecę na skrzydłach z radości.

Zerwałam te nitki co zasupłał mi na nadgarstkach, na nogach na szyi. Byłam naiwną marionetką, co sercem myślała bardziej niż rozumem. I mówili mi słowa złote, że on jest tojadem w ludzkiej skórze, że dementorem wysysającym życie ze mnie, a do mnie docierały tylko słowa jego, nie innych, tak jakby omamił moje uszy które same zaczęły przesiewać zdania i docierały do mnie tylko te jego słodkie kłamstwa. Zepsuł mi każde święto w ostatnim miesiącu, Wigilię oraz Sylwestra, który był najgorszym dniem w ostatnich miesiącach, a tak bardzo się na niego cieszyłam.
Śni mi się, że dostaję czekoladę i że ją jem ze smakiem. Później wstaję i myślę sobie, że w sumie dobrze się stało, bo co by było gdybym nadal chciała to ciągnąć? Gdybym nadal pozwalała rzucać się po meblach i wmawiać sobie te rzeczy wszystkie.
Później dostaję parę wiadomości testowych, jest mi przykro. Ale jak się ma miękkie serce to trzeba mieć twardą dupę. Takie życie.
Rozsypałam się już na początku 2018 roku i myślę, że posklejam się na dniach do kupy bo może straciłam godność, ale nie spierdoliłam sobie życia przynajmniej.

Baju baj, baju baj proszę pana.